Znajomym i (nie)znajomym, bliższym i dalszym krewnym królika, życzliwym i tym nieco mniej – należy się kilka słów. Rozpoczynając kilkanaście miesięcy temu zabawę-pisanie pod tytułem „bycie wolnym w” nie spodziewałem się, że prywatne poletko około-podróżnicze może w ekspresowym czasie stać się obiektem kontrowersji.

Cóż, myliłem się. A ponieważ forma owych kontrowersji wraca i ciąży, odrywając myśli od głównego celu i meandrując w dzikie krainy prawne, nawet po 16 miesiącach – najlepszym sposobem na rozwiązanie całej tej sytuacji jest po prostu ucieczka do przodu.

Splot dość interesujących zdarzeń i okazji sprawił, że w okolicach święta Bożego Ciała miałem okazję podejrzeć przez krótką (za krótką!) chwilę jeden z najbardziej fascynujących krajów w Afryce.

Dawna Abisynia, obecnie Etiopia – miks wszystkiego, z czym kojarzy się Afryka. Szukając sposobu na pokazanie tej etiopskiej różnorodności, zdecydowałem się na fotorelację à la #phonepicture.

Chcąc być konsekwentnym w formie – i przy okazji, móc zajrzeć nieco głębiej, bez obaw o utratę aparatu bądź sztuczne pozowanie – całość zdjęć została wykonana telefonem komórkowym (HTC Ultra) i troszkę maźnięta Snapseedem. Dla porządku: kliknięcie w zdjęcie otwiera jego większą wersję. Zapraszam do Etiopii i jej stolicy, Addis Abeby.

Od historii, którą opisuję poniżej, minął równy miesiąc. Nie wie o niej (prawie) nikt. Uważam, że warto się nią podzielić. Upublicznić, także ku przestrodze. Ale również pokazać, że każdy turysta musi mieć się na baczności, nie wyłączając myślenia podczas swojej podróży!

Dzisiaj spotkało to dziennikarkę, prezenterkę, biznesmenkę i (nieco) celebrytkę – jutro może przydarzyć się dowolnej innej osobie: podróżnikowi, backpackersowi, turyście… czy zwykłemu pasażerowi.

Czym można dostać się do Chin? Najprostsza odpowiedź brzmi: samolotem. Ale czy najbardziej oczywiste rozwiązania to jedyna opcja na dotarcie do Państwa Środka? A może tak… autobusem?

Co mają ze sobą wspólnego terroryści, handlarze dywanów, step… i niespodziewane poszukiwanie tabletu? Jak odwiedzić prowincję Sinciang (Xinjiang), wykorzystując tanie loty do Kazachstanu – i wydając zaledwie 150 PLN więcej w jedną stronę?

Raport z podróży do Chin, czyli obszerna opowieść z polityką w tle.

Kiedyś? Sposób na tanie podróżowanie i swoisty styl życia, pozwalający uciec od przaśności i szarzyzny dnia codziennego. Teraz? Relikt czasów minionych, wyparty przez nowoczesne – i szybsze – metody przemieszczania się. Czy aby na pewno?

Z kim porozmawiać o kondycji autostopu w Polsce i na świecie, jeżeli nie z osobą, która jest jego piewcą od ponad 20 lat? Michał Witkiewicz piastuje funkcję prezesa Polskiego Klubu Przygody, jest organizatorem Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych, dyrektorem Festiwalu Przygody Wanoga, wykładowcą trójmiejskich szkół wyższych, dziennikarzem i członkiem m.in. National Geographic Society.

Ale Michał to również wytrawny podróżnik i turysta, który ma na swoim koncie ponad 100 odwiedzonych państw świata oraz niesamowite solowe wyprawy ekspedycyjne („Euroazja 2002”, „Transamerica Expedition 2004”), wyróżnione na prestiżowych Kolosach. To także osoba, która nie boi się nazywać rzeczy po imieniu, widzi problemy gnębiące polskie środowisko podróżnicze – a jego opinia, dotycząca m.in. powszechnego parcia na szkło części ze znanych podróżników, jest boleśnie prawdziwa.

Z przyjemnością wybrałem się – wybierając niezbyt typową marszrutę – nad polskie morze, aby przeprowadzić długą rozmowę z człowiekiem-orkiestrą, czyli Michałem Witkiewiczem.

Papież, szmer modlitw podczas Światowych Dni Młodzieży, las wieżowców i słynny Kanał. Plus rajskie wyspy w pakiecie z oceanami i dżunglą.

A z drugiej strony: oszuści z Panama Papers, przerażająca beznadzieja i dwie nietypowe linie, które są symbolem rozdwojenia jaźni, łącząc i jednocześnie dzieląc geograficznie (kraj) oraz historycznie (przeszłość oraz przyszłość). Witaj w Panamie, zdejmij kapelusz, gringo!

Relacja z kraju, który wymyka się jednoznacznej klasyfikacji.

Przyjaciel, który podróżuje aktualnie po afrykańskich krajach, podrzucił mi link. Zostawił go na moim Messengerze, z małą adnotacją. Właściwie to nie była żadna adnotacja, wiadomość, jakaś dłuższa forma. Wręcz przeciwnie, poza adresem internetowym było tylko jedno, jakże lakoniczne słowo, mocne i stanowcze. Brzmiało ono: „skurwy**ny!”. I nic więcej.


Dokąd zaprowadził mnie ów link? Do artykułu-newsa w zimbabweńskiej prasie. A potem ruszyła lawina wspomnień…