POMNIKI

Surrealizm. Z oddali wygląda jak scena z horroru, po podejściu bliżej wcale nie jest lepiej. Dziecko, na oko 3-4 letnie, ciągnie za sobą wózek. Wygląda na mocno zajęte swoją czynnością, idzie do przodu, nie ogląda się za siebie. W środku wózka – miś. Pluszak, wypełniający swoim pluszowym ciałem całe wnętrze wózka-zabawki. Wszystko przysypane śniegiem, skrzącym się w świetle latarni, wygląda to jak atak zombie z „The Walking Dead”. Może dziewczynka szuka pomocy? Albo kolejnej ofiary?

Da się gorzej? Da się!

Obok dziewczynki siedzi chłopiec, na oko starszy od niej o dwa lata. Bawi się samochodem-zabawką. Samochód przypomina zamarzniętą bryłę lodu, nigdzie nie pojedzie w świeżym, kopnym śniegu. Nie ma takiej możliwości, będzie tu tkwić nieruchomo, czekając aż śnieg stopnieje. Nad dziećmi stoi para, trzymająca zawiniątko z noworodkiem. Ona zapewne dopiero co urodziła, on szczęśliwy, pomaga w pierwszych chwilach. Wyglądają na zadowolonych. Wszędzie dookoła ciemność, jest noc polarna, w tle majaczy budynek, oświetlony lampą uliczną. Wiatr goni po ulicy, przenikając przez kurtkę puchową i gwałcąc moje poczucie ciepła.

To pomnik, przed budynkiem miejscowej przychodni zdrowia i szpitala. W sensie: porodówki. Być może w normalnych okolicznościach przyrody, latem, bez śniegu i mroku, zapewne jest optymistyczny i nasuwa tylko pozytywne skojarzenia. Zapewne. Teraz stanowi świetną lokalizację dla spaczonego reżysera, planującego produkcję horroru medycznego. Albo o zombie. Wyobraźnia pracuje.


Jak już o pomnikach na północy Syberii mówimy, niektóre potrafią wprawić w nieliche zdziwienie. Pomijam już fakt, że prawie każde tego typu dzieło sztuki w nietypowej scenerii może wyglądać po prostu dziwnie. U nas, w Polsce, pomniki stoją raczej w „godnych” miejscach – chociaż patrząc na ostatnie lata, można w to powątpiewać. Tutaj wszystko potęgowane jest mieszanką sowiecko-zachodnią. Wychodzi nieco groteskowo.

Wracam ze wspomnianego centrum handlowego, do którego droga wiedzie wśród starych bloków z wzmacnianej wielkiej płyty, odrapanych jak twarz nastolatka z trądzikiem, pasujących tu jak pięść do nosa. A przed blokiem? Bard Wysocki! Obowiązkowo z gitarą i zarzuconym na plecy workiem. Obywatel Władimir Siemionowicz Wysocki dziarskim krokiem zmierza w syberyjską tajgę, gitara wygląda bardzo realistycznie, za chwilę pewnie mógłby się zatrzymać i zagrać. Albo poczekać, aż zima ustąpi i lód stopnieje.

Pomnik Wysockiego w Nowym Urengoju (c) 2b3.in
Surrealizm pomnikowy / Foto: archiwum prywatne

PRZYRODA I PODRÓŻ

Rozpieszcza? …nie rozpieszcza. Nie smyra kolorami po oczach. Hej, jest zima na północy Syberii, czego się spodziewałeś? Przyjedź tutaj latem, gdy przez krótki czas wszystko ekspresowo nadrabia okres mroku. Obserwuj zieloną trawę, idź się wykąpać w rzece Jawo-Jacha, odganiaj się od komarów, których w tym czasie są miliony. I ciesz się słońcem, tymi kilkunastoma stopniami powyżej zera. Bo za kilka tygodni wszystko wróci do normy. Normą średnioroczną w Nowym Urengoju jest -10 °C.

Aktualnie wszystko jest przykryte śniegiem, lodem. Zamiast kwiatów na łące, kwiaty namalowane przez mróz na szybach. Gałęzie uginają się od ciężaru świeżego opadu śniegu, syberyjska klasyka potrafi być monotonna. Na spotkanych w rozsianych po okolicy przysiółkach-barakach, zbudowanych w celu przechowywania sprzętu, sople wyglądają jak oszczepy na olimpiadę: masywne szpikulce, pod którymi strach jest przechodzić.

Paradoksalnie, dobrze tu się czuję. Do zimna idzie się przyzwyczaić. A wychylając nos poza miasto, poza bloki usytuowane na wiecznej zmarzlinie i wbitych weń palach, czuję się jak Pan Lodowych Pustkowi.

Poszukiwanie różnorodności nie jest łatwe. Wyjazd za miasto równa się podróży w środek niczego. Pół biedy, jeżeli przemieszczamy się w okolicy, gdzie idą linie energetyczne. Zbyt dużo możliwości nie ma. Można spróbować poruszać się na zachód, obierając jako cel Nadym. Albo do Korotczajewa, blisko rzeki Pur, która rzeką będzie tylko w miesiącach letnich. Można też jechać w innym kierunku, jak masz szczęście, pozwolenie… albo jedno i drugie.


Rozmawiam z Witią, który zaczyna odgarniać śnieg ze swojego UAZa na jednym z osiedli. Obok bloku dogorywa trup jakiegoś 20-letniego samochodu. Witia jest dumny ze swojej maszyny. Ja jestem dumny, że szybko doszliśmy do wspólnych tematów. Jeszcze bardziej jestem dumny z tego, że przed wyjściem z pokoju, do termosu z gorącą herbatą dolałem jakiejś podłej whisky, którą kupiłem w sklepie. Pół godziny później słyszę chrypienie.

– Możemy pojechać kawałek za koło podbiegunowe. Ale wezmę dodatkowy akumulator i coś do jedzenia, jakby były problemy.

Nu, pojechali, na kilka godzin. Zapasami jedzenia okazał się zamarznięty kawał surowej ryby oraz cukierki miętowe. W sam raz do przepicia spirytusu, który Witia miał w 3-litrowym baniaczku. Pamiętam pierwsze 90 minut jazdy. Witia wciąż mówi, potok słów leci z jego ust z prędkością karabinu maszynowego. Dość szybko musieliśmy przekroczyć blokadę na drodze: bez specjalnej przepustki nie można dalej przejechać, Rosja i Gazprom skrycie pilnują swoich sekretów. Kontrola? Witalij nie potrzebuje przepustki, znają go. A innostraniec z Polski? Butelka samogonu spod siedzenia zmienia właściciela, jedziemy dalej.

Po pewnym czasie, gdzie definicja czasu: 1h = ok. 0,7L spirytusu, zaczyna być, cóż, średnio. Rozmowa nam się nie klei, język delikatnie plącze. Witalij mruczy, że coś mu się wzrok rozmywa. Faktycznie, jedziemy wężykiem po zasypanej śniegiem drodze, jest prawie white-out (brak widoczności – przyp. aut.) i za chwilę wylądujemy w zaspie. Patrzę w oczy Witii. Pływają jak rybki w stawie – i ma chłopina rację, bo ja również próbuję zbieżność i ostrość wzroku złapać, ale niezbyt mi się to udaje.

Po powrocie do Polski przeglądam zdjęcia z tej wycieczki – tu nie pomoże Photoshop ani Snapseed, żadne z nich nie nadaje się do publikacji, same plamy i smugi. Tymczasem zatrzymujemy UAZa i zasypiamy w samochodzie, nie gasząc silnika. Ryk chrapania powinien skutecznie odstraszyć wszystkie ewentualne zwierzęta.

Spaliśmy prawie dwie godziny, po przebudzeniu doszliśmy do wniosku, że przecież w okolicach Nowego Urengoju też jest fajnie. I wróciliśmy. Facet na posterunku kontrolnym nie powiedział nawet słowa. Głowa nie bolała prawie wcale.

To było głupie, bo nigdy nie wiesz, czym ciebie częstują. Niejedne takie spotkanie kończyło się tragicznie. Bo spirytus był zanieczyszczony.

Witia to dobry chłop. Ale strasznie głośno chrapie.


ROZRYWKA NA PÓŁNOCY

Mogę iść do cerkwi. Mogę iść na lodowy plac zabaw. Nie mam zamiaru iść do baru – nadpodaż spragnionych rozrywki facetów zwiastuje kłopoty. Tutaj ciężko jest rozładować napięcie w inny niż pierwotny sposób. W ruch szybko idą pięści. Albo portfel, w celu zapewnienia sobie towarzystwa.

Pamiętacie Igora? Tego byłego kierowcę Gazpromu? Opowiada, że „zadbana pani” – bałem się zapytać, jak w tych warunkach może wyglądać niezadbana pani – to jakieś 5 tys. rubli. Blisko 300 PLN. Dużo i mało. Dla pracowników Gazpromu to niekiedy mus. No, przypili potrzeba i tyle. Dziewczyny są tutaj ponoć na nieoficjalnych, specjalnych prawach. Przylatują skuszone pewnym zarobkiem i stosunkowo (ach, w tym przypadku to mocno dwuznaczne słowo) małą konkurencją.

W centrum Nowego Urengoju błyszczą się lodowe budowle. Rosjanie lubują się w takich rzeczach. Podobne konstrukcje widziałem w wielu miejscach, od Moskwy po Murmańsk. Full opcja, nie ma fuszerki: w lodzie zatopione są różnobarwne światła, które dają bajkowy efekt. Mimo panującego mrozu i ciemności – w styczniu względnie jasno jest zaledwie przez kilka godzin w ciągu dnia – dzieciaki w pełni wykorzystują okazję na dobrą zabawę.

Siadam na lodowym tronie i zastanawiam się, jakie mają tutaj alternatywy. Czym dla przeciętnego nowourengojczyka jest wolność w miejscu, które jest solidnie odizolowane od reszty świata poprzez swoją subpolarną lokalizację… a synonimem szyku i sznytu jest wyprawa do Moskwy.


Ale ile można siedzieć niczym Lodowy Król rodem z „Gry o Tron”? Idę do cerkwi. Mógłbym iść w okolice meczetu, który także jest w pobliżu, ale wybieram cerkiew.

…i w sumie dobrze zrobiłem. Rozmawiam z Wierą, słyszę narzekanie. Co z tego, że można zarobić, skoro wszystko drogie. Ceny mieszkań w blokach z wielkiej płyty niebezpiecznie zbliżają się do poziomów moskiewskich. Wciąż te same twarze, te same ulice, monotonia doskwiera dość mocno. Nawet na studia nie trzeba stąd uciekać, jest kilka uczelni, filia Uniwersytetu w Tiumeniu.

– Ach, wy macie jesień. Taką prawdziwą, jak liście lecą z drzew i wszystko nabiera kolorów – rozmarza się Wiera. Zazdrości nam możliwości i mobilności. Dla nas mobilność oznacza Ryanaira, Wizz Aira i bilety za 39 PLN, które zmieniają się w szybki, dwugodzinny lot do Paryża lub Londynu. Dla Wiery to opowieści rodem z bajek o Dziadku Mrozie. A raczej o Zimniku – bogu zimy. – Cieszcie się z tego, co macie. Pytasz o bycie wolnym? To właśnie jest bycie wolnym –  w słowach Wiery pojawiają się nutki goryczy.

Następuje zamiana ról, muszę opowiadać o Afryce, Europie, wyjazdach do Azji. Do Wiery dochodzi koleżanka w ozdobnej bluzce i narzuconym na nią fartuchu. Kiwa głową i daje jako przykład swoją córkę, która ohohoho, pół świata zjeździła. Ma 33 lata, pracuje dla ArktikGazu i każdego roku jest na egzotycznych wakacjach. Kobieta wyciąga sfatygowaną komórkę i pokazuje zdjęcie: ładna dziewczyna pręży się na tle tajlandzkiej plaży. Z perspektywy cerkwi w Nowym Urengoju, to faktycznie jest drugi koniec świata.


– U nas nie musisz już żyć z Gazpromu. Możesz żyć z ludzi, którzy dla niego pracują.
– Niezbyt rozumiem.
– Ci wszyscy specjaliści zarabiają dobre pieniądze. A jak zarabiają, to i wydają. Pójdą do sklepu, kupią bez mrugnięcia okiem to, co im sprzedasz. Albo co im zamówisz. To samo z jedzeniem. Jeżeli masz smykałkę, to zawsze wymyślisz sposób na to, aby ich pieniądze trafiły w części do twojej kieszeni – cierpliwie tłumaczą mi kobiety.
– A jak wymyślę sobie coś, czego tutaj po prostu nie ma? Skąd to wziąć?
– Sprowadzi się samolotem. Jeżeli czegoś chcesz i na coś ciebie stać, to to masz. Przecież to proste!

Zdziwienie w ich głosie nie jest udawane. Wracając z cerkwi i widząc samochód oklejony logiem IKEA, zaczynam rozumieć o co tutaj chodzi. Wchodzę do mojego pokoju, rzucam plecak na łóżko i sprawdzam w internecie. Najbliższy sklep tej sieci jest w Jekaterynburgu. 1800 km od Nowego Urengoju.

Transport Ikea na końcu świata (c) 2b3.in
Niemożliwe nie istnieje / Foto: archiwum prywatne

ALEJA ZASŁUŻONYCH

RODO? Jakie RODO! Skoro jesteś kimś, to trzeba to pokazać. Wszystkim! A nawet jak nie jesteś kimś, należy się wyróżnić. Ulotki z obowiązkowym zdjęciem, imieniem, otczestwem (rosyjskie imię odojcowskie – przyp. aut.), nazwiskiem. Firmy, które swoich dyrektorów dumnie eksponują w postaci alejki zasłużonych.

Sunę wzdłuż rzędu portretów, wpatrując się w wąsate facjaty. Pewnie są dumni z tego, co osiągnęli.

Całość wygląda jak ścieżka zdrowia, przed którą należy się kłaniać, wypowiadając sentencje niczym Jarząbek Wacław, trener drugiej kategorii. Droga krzyżowa dla agnostyków. Kto jest bogiem? Firma.

Nikt Ciebie nie wyróżnia? Nie stawia na postumencie, nie chce pokazać publicznie? Wyróżnij się sam!

Dyrektorzy na publicznych portretach (c) 2b3.in
Droga chwały / Foto: archiwum prywatne

Dwa dni później akcja z FBI. Gwarantowany zawał serca. Wracam z miejscowości Nadym – to właśnie z jego okolic idzie gazociąg Jamał-Europa, którego część (i to niemała, 684 km) przechodzi przez terytorium Polski. Dojeżdżam do Nowego Urengoju, a tu mija mnie samochód amerykańskiego Federalnego Biura Śledczego. I trąbi, donośnie. Z wrażenia o mało co nie wbiłem się w zaspę.

Samochód zaparkował przy jednym z ładnych budynków, a ja, niczym detektyw Hercules Poirot kryję się za załomem, chcąc zrobić zdjęcie.

Jakie kur**a FBI!? Tutaj, na północy Syberii? Coś się stało podczas mojej kilkunastogodzinnej wycieczki do Nadyma, świat stanął na głowie, Amerykanie zaatakowali pola gazowe Jamału?

Subaru wygląda na pro-maszynę. Dobra robota, świetnie oklejone. Z przodu napis FBI, walący prosto w oczy. Taki sam z tyłu. Dla pewności, ten sam napis widnieje na drzwiach. Aby nikt nie miał jakichkolwiek wątpliwości, całość okrasza logo amerykańskiej agencji rządowej, zajmującej się przestępstwami wykraczającymi poza granice danego stanu.

Albo zwariowałem z zimna, albo służby specjalne pilnujące bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych zaczęły solidną infiltrację Syberii. I się, skubani, w ogóle z tym nie kryją.

Samochód na miejscowych „blachach”. Rosja w pigułce. Jak to szło? Wyróżnij się, albo zgiń?


↓ ciąg dalszy na kolejnej stronie ↓

1 2 3

2 komentarze

    • Dziękuję! Jamalsko-Nieniecki Okręg Autonomiczny jest niepokojąco uzależniający – pozostawia w głowie ślad, nie będący przykładem efektu Pollyanny. Zapraszam do regularnego zaglądania na 2b3 😉

Napisz komentarz