BIZNES NA MAKSA, CZYLI NIEZŁY KANAŁ

Peany na cześć Kanału Panamskiego? To fascynujący obiekt, świadectwo inteligencji i walki z naturą. Jesteś miłośnikiem inżynierii, transportu i geopolityki? Będziesz po prostu zachwycony – ale wszystkie techniczne detale, historię tej jednej z najważniejszych dróg wodnych świata i cyferki pokazujące jego ważność i wielkość – znajdziesz przecież w encyklopedii. Nie będę powielać tych informacji.

Wróć. Mały wyjątek zrobię dla trzech faktów, które mocno działają na moją wyobraźnię. Pierwszym jest to, że dzięki temu sztucznemu kanałowi wodnemu droga morska z Nowego Jorku do San Francisco skróciła się o… 14 500 km. Drugi? Długość kanału – ponad 81 kilometrów – oraz cierpienia tych, którzy budowali go w latach 1904–1914: według różnych szacunków zmarło 25 000 robotników.

A trzeci? To pieniądze. Panama czerpie dzięki niemu blisko 50 proc. swojego PKB – kilka lat temu, przed poszerzeniem Kanału, czysty zysk wynosił jakieś pół miliarda dolarów rocznie. Teraz jest znacznie większy. Jest się po co schylać, prawda?

Ale ja schyliłem się po znacznie mniejsze pieniądze.


Parking przed śluzą Miraflores, serce Kanału Panamskiego, 13 km od Panama City. Dojazd jest banalnie prosty, sprowadza się do odnalezienia odpowiedniego pojazdu na terminalu autobusowym Albrook w Panama City. Wychodzę z maszyny, upał i wilgoć od razu wali mnie w twarz niczym mokra ściera. Praktycznie od razu po postawieniu stopy na rozgrzanym asfalcie podchodzi do mnie młody, biały chłopak, na oko 25 lat – i płynnym angielskim z bardzo twardym akcentem (Niemiec?) zagaja biznes.

– Chcesz kupić bilet na zwiedzanie Kanału Panamskiego? W kasie kosztuje 15 USD, sprzedam za połowę ceny.
– Hmm, on jest ważny?
– Tak, przez cały dzień. Tutaj jest straszny burdel, nikt nie pilnuje, nie odrywają kodu kreskowego z biletu.
– No i…?
– Jak ktoś już zwiedzi całość, to może na parkingu znaleźć innego turystę i odsprzedać mu ten bilet.
– Niezłe! Czyli płacę tobie połowę ceny nominalnej, wchodzę na tym bilecie… i co dalej?
– Jak to co? Jak skończysz zwiedzanie i będziesz już na parkingu, tak jak ja, szukasz turysty wyglądającego na Amerykanina albo Europejczyka i oddajesz mu bilet za połowę ceny. Wiesz, że tylko obcokrajowców tak golą? Panamczycy płacą za bilet 5 razy mniej!
– No dobrze, a ty skąd wziąłeś swój bilet?
– Od Polaka, przyjechał autobusem z Panama City tutaj, do Miraflores, zaczepił mnie na parkingu. A ty skąd jesteś?

Polak i Niemiec. Na pieprzonym parkingu w Ameryce Środkowej. Cebula deal. Kupiłem. Wykorzystałem. Oddałem kolejnej osobie, Kanadyjczykowi, za połowę ceny nominalnej. Był zadowolony. Ja także.


Chciałbym, aby wszystkie muzea i interesujące – z punktu widzenia turysty – obiekty, były tak przygotowane, jak śluza Miraflores w obrębie Kanału Panamskiego. Film w 3D, muzeum poświęcone historii tego miejsca, możliwość wcielenia się w kapitana statku („panamaksa”), który właśnie dociera do systemu śluz… wreszcie to, co #instagram kocha, czyli rozległy taras widokowy. Całość jest zdecydowanie warta odwiedzin, nawet za pełną cenę biletu, bez dealu na parkingu.


Jeżeli przyjedziesz tu bez planu, po prostu chcąc zobaczyć Kanał – to masz dwie opcje: jesteś szczęściarzem i właśnie na twoich oczach do śluzy wpływa statek… lub nie trafiłeś z czasem i musisz poczekać, niekiedy dość długo. Zgadnij, która bramka przypadła mi w udziale?

Zaczepiam faceta na tarasie widokowym, który wygląda, jakby tutaj się urodził: pewność ruchów i to spojrzenie, mówiące: „To mój teren!

– Średnio w ciągu doby przepływa 36 statków, ale niekiedy mamy tu naprawdę spory ruch. Za godzinę będzie przechodzić dość spora jednostka, zbiornikowiec LPG.
– A jaka największa jednostka tutaj przepływała, już po powiększeniu Kanału?
– Chyba COSCO Development, duży sukinkot, miał ponad 360 metrów.

Pstryk, zdjęcie, drugie, trzecie. „Mister, please!” pod adresem Chińczyków, którzy wchodzą w kard, mając w dupie to, że ktoś inny chciałby mieć fotografię bez skośnych oczu jako bohatera drugiego planu. Telefon, wujek Google, weryfikacja informacji. Ta jednostka, o której mi mówił pracownik Miraflores, ma 366,5 m długości oaz 48,3 m szerokości. Faktycznie, duży sukinkot.


„P” JAK PAPIEŻ, „P” JAK PORUTA, „P” JAK PANAMA PAPERS

Papa. Pope. Papa Francesco. Nie ma takiej możliwości, abym nie usłyszał tego przynajmniej kilkadziesiąt razy dziennie. Najczęściej występuje w kombinacji z czymś, co w ustach Panamczyków słabiej władających językiem angielskim – a jest ich cała masa, do kosza wyrzućcie informacje, że w Panamie wszyscy pięknie i płynnie w mowie Szekspira cisną – brzmi jak „łorjutdej”. Każdy tu czeka – niczym Estragon i Vladimir – na Godota, którym jest magiczny łorjutdej. I wszystko można tymże łorjutdejem wytłumaczyć.

…wychodzę z terenu portu lotniczego Tocumen, o mało co nie łamię nogi, potykając się o wystający kawałek płyty chodnikowej, używam wyrazów powszechnie uznawanych za obraźliwe, podchodzi Panamczyk i opowiada mi, że teraz to jest bałagan, ale na łorjutdej wszystko będzie na cacy, trawę na zielono pomalują, jak będzie trzeba. A chyba będzie.

…smród w niektórych dzielnicach Panama City jest przeokrutny. Przechodzę i zatykam nos, ale wiem, że to tylko przejściowe, bo jak będzie łorjutdej, to zapewne miejscowi wszystko pięknie wymyją, wysprzątają i mucha nie będzie siadać.

…w chickenbusie (typ autobusu, najczęściej przerobiony amerykański autobus szkolny – przyp.aut.) na cały regulator włączona jest muzyka, przerywana wiadomościami, gdzie natężenie słowa papa (papież) przybiera postać obsesji.

…czterogwiazdkowy hotel Sercotel Panama Princess, w samym sercu Panamy. Okna są brudne do granic możliwości, wodę widziały ostatni raz podczas solidnego deszczu, a zrobienie zdjęcia przez szybę jest tym samym typem doświadczenia, jak założenie mocnego filtru na obiektyw. Kąśliwa uwaga w recepcji skutkuje znaną mantrą: nic to, na łorjutdej całość będzie lśnić, sprzedana dla młodzieży z całego świata lub ich opiekunów w koloratkach za ciężkie pieniądze.

…a na razie mogę tylko złorzeczyć, widząc totalny bajzel, brak przygotowania, wizji, wszystkiego. Panama to jeden wielki miks z dominującą literą „P”: porządek miesza się z porutą, a Papież próbuje przykryć aferą Panama Papers. Lub takie są przynajmniej starania tych, którym nie w sosie, że machlojki biznesowo-światowe wyszły na jaw.

Łorjutdej. World Youth Day. Światowe Dni Młodzieży. Ostatni tydzień stycznia 2019 r., na który Panamczycy czekają niczym Wellington na armię Blüchera pod Waterloo.


Panama City sprawia wrażenie bardzo bogatego miasta. Stolica, to zobowiązuje. Las wieżowców, w stylu frankfurckiego Skyline czy azjatyckich metropolii – zachowując oczywiście proporcje – budzi wrażenie. Spaceruję nieśpiesznym krokiem po alejkach, równoległych do Ciclovía Cinta Costera, bezpośrednio nad Oceanem Spokojnym, a przed oczami mam imponujący pejzaż świateł, szkła i budynków. Jednym z punktów, wyróżniających się w tej panoramie, jest Plaza Paitilla Inn – kilka godzin wcześniej, po wejściu do mojego pokoju w tym hotelu, spędziłem blisko 15 minut z twarzą przy panoramicznej szybie. I nic nie mówiłem, tylko chłonąłem widok. Nie obraziłbym się, gdyby tego typu obrazek za oknem budził mnie codziennie.

Włócząc się po Casco Viejo, zastanawiam się: na ile to, co widzę, jest realne. Eleganckie sklepy, pieczołowicie odrestaurowane budynki kolonialne, modne knajpy, mister-kup-kapelusz… i siup, przymiarka klasycznej „panamy” na głowie. A z drugiej strony, przed oczami wciąż mam to, czym przywitała mnie północno-zachodnia Panama, ten wszechogarniający bałagan i bylejakość na Bocas del Toro. Zresztą, daleko szukać: okolice Albrook wyglądają jak bieda-miasta w Boliwii, tylko las wieżowców w tle zaburza to postrzeganie.


Ulice Panama City? Misz-masz luksusowych terenówek, którymi przemykają beneficjenci sukcesu Panamy jako regionalnego centrum biznesu – i gratów, często bez jakiejkolwiek rejestracji, nawet z tyłu, które jeżdżą tylko na słowo honoru, a próba policzenia dziur w karoserii okazałaby się wyzwaniem ponad siły typowego absolwenta matematyki na AGH. W sumie to cały ten kraj spięty jest przerdzewiałą agrafką, która z daleka świeci się niczym diamentowa zapinka, ale wystarczy mocniej szarpnąć… i wiesz, co się stanie.

Luksusy dzielnicy białych kołnierzyków, hoteli należących do obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, tego lśniącego czystością centrum handlowego i licznych kasyn kontrastują z miejscami, gdzie bez noża lepiej się nie zapuszczać.


– A potem wszystko jebło. Komuś zależało na tym, aby skompromitować Panamę jako miejsce do robienia biznesów. Duże pieniądze lubią ciszę. Chyba nie wierzysz, że cały ten wyciek tylu dokumentów z Mossack Fonseca to był zwykły przypadek?!

Piję kawę nieopodal budynku World Trade Center w Panamie, ciesząc się promieniami słońca i uważnie słuchając mojego rozmówcy. Wzburzenie na twarzy – i w głosie – Mosesa nie jest udawane. Moses pracuje w kancelarii podatkowej, jednej z wielu w Panama City. Patrzę w jego twarz, obserwuję sposób gestykulacji, dobór słów, cały ten jazz… i mam podejrzenie graniczące z pewnością, że w oryginalnych dokumentach identyfikacyjnych Moses nie jest Mosesem, tylko swojskim Mosze lub Mojżeszem. To nie jest w jakikolwiek sposób obraźliwa supozycja, to prosta konstatacja: Żydzi stanowią istotny element układanki pod tytułem „Biznes w Panamie”.

Moses ma rację: publikacja Panama Papers w połowie 2016 r. to był granat wrzucony w szambo. Ujawniono dokumenty i aktywa polityków, biznesmenów, urzędników państwowych… i wszystkich innych osób, które za pomocą panamskiej kancelarii podatkowej i prawnej Mossack Fonseca szukały możliwości „optymalizacji lokowania pieniędzy w rajach podatkowych”. Czy to tylko problem samej Panamy? Ależ skąd, zerknij na mapę: na czerwono zaznaczone są kraje, z których pochodzą liderzy polityczni, oficjele, biznesmeni i członkowie ich rodzin – i wszyscy oni zostali „umoczeni” w Panama Papers. Widzisz kolor Polski? Piskorski, Walter, Profus…

Cóż, ostro:

Zasięg Panama Papers (c) Wikipedia
Zasięg afery z Panama Papers / Foto: Wikipedia

PANAMSKA CODZIENNOŚĆ

Mija mnie Indianka z plemienia Kuna. Jej strój kosmicznie odcina się od garnituru faceta idącego kilka metrów przed nią oraz turystów, ubranych jak każdy turysta: w byle co, aby jeszcze nie śmierdziało, najczęściej pogniecione t-shirty i dżinsy. To doskonały przykład tego, jak sacrum miesza się z profanum. Widzę oszałamiające, kolorowe, wręcz pstrokate ciuchy, opaskę na głowie, spódnicę z wściekle żółtymi zdobieniami, oryginalne ozdoby na nogach i rękach. Głowę mam nabitą historiami o tajemniczym plemieniu Indian na pograniczy Panamy i Kolumbii, cieszącym się dalece idącą autonomią w ramach Kuna Yala, taką comarką tubylczą, wyobraźnia pracuje…

…ale coś mi nie daje spokoju. Podświadomie czuję, że są elementy, które nie pasują do pozostałych, niczym koleś w butach New Balance na przyjęciu, gdzie obowiązuje ścisły dress code i stylizacja w wydaniu „white tie”. Pomyśl. Indianka, rzadkie plemię, odległość od cywilizacji, ubiór, zapewne mówi w jakimś gardłowym, lokalnym narzeczu – i została przywieziona do stolicy wozem zaprzężonym w parę osłów lub innych zwierzaków pociągowych.

Pudło. Owszem, przyjechała wozem. Nowym Mitsubishi Outlanderem. A w dłoni ma nowoczesnego smartfona, wściekle napieprzając do swojego rozmówcy po angielsku. Ze strzępków rozmowy podsłuchuję, że czeka na grupkę Szwedów, których ma zabrać z Panama City na archipelag San Bias. Czysty biznes, romantyczne wyobrażenia o nieskalanych współczesną cywilizacją plemionach właśnie szoruje o trotuar Casco Viejo. Droga zabawa dla turystów: jednodniowy wypad ze stolicy kosztuje 120 USD, wyjazdy z noclegiem, typu „pure authentic Kuna Yala experience”, mają cenę za którą jestem w stanie przejechać przez całą Gwatemalę i Nikaraguę na dokładkę.

Na własne oczy przekonuję się, czym jest okcydentalizacja, przejmowanie wzorców kultury krajów cywilizacji zachodniej – i ich powszechna akceptacja. Szukasz czegoś innego? Pozostają ci chyba tylko Andamany i Sentinel Północny.

Indianka z plemienia Kuna + nowoczesność / Foto: archiwum prywatne

Stoję przed hotelem Donalda T. Miłośnikom teorii spiskowych i podejścia → „to wina Tuska!” śpieszę wyjaśnić: nie, nie Tuska. Trumpa. Tego rudego, opalonego faceta, aktualnie zajmującego fotel w Białym Domu. Dojechałem tu chickenbusem – tym cudownym środkiem lokomocji, zwanym niekiedy pieszczotliwie cementerio en movimiento (hiszpańskie określenie, cmentarz na kołach – przyp.aut). Są wszędzie, stanowiąc immanentny element krajobrazu Panamy.

Rozpadające się amerykańskie szkolne busy, pomalowane w każdy możliwy kolor, aby był krzykliwy. Przygotuj się na szok estetyczny. Napis „Wierzę w Jezusa” może sąsiadować z gołą panią, posiadającą piersi większe od standardowych kokosów. Nie ma takiego kiczu, bezsensownej różowej naklejki czy frędzelków, których nie da się zobaczyć w tego typu pojeździe.

Wnętrze chickenbusa może wzbudzić w tobie tęsknotę za świętami Bożego Narodzenia – nagromadzenie lampek i świecidełek choinkowych jest większe niż w wiosce Mikołaja nieopodal fińskiego Rovaniemi. Dorzuć do tego potworną ciasnotę („– jedziemy jak kurczaki!”), ryczące na cały regulator radio, serwujące miks hiszpańskojęzycznego popu, hip-hopu i reggae. Jest kultowo. I oryginalnie.

Ach, zapomniałem o jeszcze jednej osobie! W chickenbusie równie ważny jak kierowca jest ayudante. To pomocnik kierowcy, najczęściej młody chłopak, które pełni rolę naganiacza, biletera, informacji turystycznej, megafonu i zapowiadacza. Jego głos będziesz znać na pamięć, wydziera się co chwilę, informując na przystankach o trasie przejazdu i powodując protesty twojej trąbki Eustachiusza.


„– Tu jest tak jakby luksusowo” – ciśnie mi się na usta, bo gapię się właśnie na fasadę hotelu Donalda Trumpa. Wszystko lśni czystością, w powietrzu unosi się zapach dolarów, wcale-nie-taki-dyskretny-napis wali po oczach przed wejściem, informując wszystkich, że to Trump Ocean Club International Hotel & Tower. Całość ma być rychle zmieniona w Marriott, aby nie licowała z jakże poważnym urzędem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co ciekawe, ten pięciogwiazdkowy hotel można niekiedy ustrzelić w systemach rezerwacyjnych za stosunkowo niewielkie pieniądze – biorąc oczywiście pod uwagę relację jakości do ceny.

Takich budynków w Panama City jest więcej. Las wieżowców, z którego niektórzy są dumni, a inni uważają, że jest to ewidentne świadectwo życia ponad stan. Nie dla psa kiełbasa, ponad 50 proc. społeczeństwa klepie ostrą biedę. Dla innych, w tym także turystów i biznesmenów, są kasyna, hotele, resorty. I nie widać, aby świeciły pustkami.


Zafascynowała mnie czynność na pozór banalna. Kupno biletu na dworcu autobusowym w Panamie. Do San Felix, David, Changuiroli, Kostaryki, gdziekolwiek. Wchodzę do budynku dworca i widzę zmęczonych ludzi w zmęczonych pozach, wymiętych jak kartka papieru w rękach uczniaka. Wcześniej, zanim tu trafiłem, mijałem brzydkie domy, spięte siecią kabli dostarczających elektryczność. Całość przypomina monstrualną pajęczynę, z powieszonymi za sznurówki butami, dyndającymi z tej plątaniny jak medale w mało znaczącej konkurencji.

A na dworcu? Wchodzę i mimowolnie powstrzymuję śmiech. Zaparowane szyby poszczególnych boksów wyglądają jak specyficzny rodzaj sauny, w takim pudełku musi być milion stopni. Generalnie, amplituda temperatury między klimatyzowanymi pomieszczeniami i tym, co jest na zewnątrz, bywa po prostu kosmiczna. Ale to nie sauna, w środku siedzą znudzeni pracownicy, małe żuczki, którzy każdą czynność celebrują niczym chrzest dziecka: wypisanie biletu trwało blisko 5 minut. Cóż, poważne zadanie.

Dworzec autobusowy w Panama City (c) 2b3.in
Dworzec autobusowy w Panama City / Foto: archiwum prywatne

Odwiedziłem raj i czyściec, czas na piekło.

↓ ciąg dalszy na kolejnej stronie ↓

1 2 3

Napisz komentarz