Czym można dostać się do Chin? Najprostsza odpowiedź brzmi: samolotem. Ale czy najbardziej oczywiste rozwiązania to jedyna opcja na dotarcie do Państwa Środka? A może tak… autobusem?

Co mają ze sobą wspólnego terroryści, handlarze dywanów, step… i niespodziewane poszukiwanie tabletu? Jak odwiedzić prowincję Sinciang (Xinjiang), wykorzystując tanie loty do Kazachstanu – i wydając zaledwie 150 PLN więcej w jedną stronę?

Raport z podróży do Chin, czyli obszerna opowieść z polityką w tle.


POSIEDZISZ? NIE, DZIĘKUJĘ, POLEŻĘ!

Fragment dziennika z podróży:

Dziennik z Kazachstanu (c) Paweł Kunz, 2b3.in

Sen. Drzemka, czas błogiej półświadomości. W drodze z Ałmaty do Chorgas, gdzie znajduje się chińsko-kazachska granica – i dalej, do Urumczi – ratunkiem w przypadku braku rozrywki, którą wcześniej dostarczał krajobraz, pozostaje rozmowa z współtowarzyszami podróży, czytanie książki lub po prostu sen. 

Ta ostatnia czynność jest znacząco ułatwiona. Zapominam o niewygodzie, związanej z typowymi próbami znalezienia świętego Graala, którym w tym przypadku jest pozycja do spania w autobusie. Doświadczenia z PolskiegoBusa i innych przewoźników są dość jednorodne: prędzej sam zacznę prowadzić autobus, niż wyśpię się w jego wnętrzu.

Wiesz, wiercenie się w fotelu, układanie swoich nóg w poprzek, niczym klocek w grze Tetris – obserwując zachowane innych pasażerów-klocków. Cały ten jazz.

Tu jest inaczej.


Pierwsza idea, która przychodzi mi do głowy na myśl o spędzeniu najbliższych dwudziestu czterech godzin – lub więcej, rozkład jazdy żartobliwie określa czas przejazdu jako przedział między 22h i 30h –  w autobusie?

– Masakra, trochę się odzwyczaiłem, tyłek odpadnie od samego siedzenia!

Druga, po wejściu do pojazdu marki King-Long, który podjechał do stanowiska odjazdów na dworcu Sayran w Ałmaty, zapraszając – głosem młodego chłopaka – do wnętrza grupkę Chińczyków, Kazachów, Ujgurów, no i oczywiście mnie?

– Eee, nie będzie aż tak źle!

I nie o fajerwerki w rodzaju ogromnej naklejki z napisem V.I.P., namalowane gwiazdki w liczbie pięciu sztuk, bądź – jakże istotną przy dłuższych przejazdach – jakość foteli w tym przypadku chodzi…

…co o ich brak. W tym autobusie nie ma foteli. Jedyna sztuka jest zajęta przez kierowcę i jego zmiennika (oczywiście, nie w tym samym momencie). Tak po prostu.

Zamiast foteli, wnętrze pojazdu zabudowane jest łóżkami. Wprawdzie miałem już wcześniej okazję jeździć pojazdami typu sleeper bus, chociażby w Ameryce Południowej czy w Iranie, połykając dzięki nim setki kilometrów – ten jest jednak nieco inny. Mój zagłówek jest zarazem miejscem, gdzie osoba mająca łóżko ZA MNĄ, posiada przestrzeń na swoje nogi. A z kolei moje nogi „wchodzą” pod zagłówek pasażera, który leży przede mną.

Proste rozwiązanie, zwiększające pojemność autobusu i komfort przemieszczających się nim osób. Wygląda to jak wielowarstwowa kanapka, składająca się z Chińczyków, ich przepoconych ubrań, Ujgurów, ich charakterystycznych czapek… i Polaka z brodą. Smaczne? Praktyczne!

W sumie, łatwiej to (chyba) po prostu pokazać:


AUTOBUSEM DO CHIN

Twoja droga wiedzie przez Kazachstan, a gen przygody podpowiada, że idealnym pomysłem byłoby wyrwanie się do Chin? Nie trzeba wydawać fortuny. Zamiast 650-700 PLN, które ucieknie z portfela w przypadku zakupu biletu lotniczego do Urumczi, można zrobić to taniej. Znacznie taniej. I ciekawiej.

Więc jestem w środku maszyny. Wsiadłem w Ałmaty, bilet kupując na dworcu Sayran, dzień przed wyjazdem. Cel? Chiny, a konkretnie Urumczi, stolica prowincji Sinciang, największej w Państwie Środka. Co potem? Czas pokaże.

Bilet kosztuje aktualnie 16 tys. tenge (KZT, ok. 160 PLN), jeszcze w 2015 r. jego cena wynosiła okrągłe 10 tys. KZT, plus 100 KZT tytułem opłaty za wystawienie papierowego dokumentu podróży.

Jak w każdym miejscu, gdzie moje zaufanie do wszelkiej maści kierowców, konduktorów lub „prowadników” jest mocno ograniczone, od razu wyciągam telefon i robię zdjęcie każdej stronie biletu – częstą przypadłością w różnych krajach jest jego zabieranie przez osoby upoważnione… i brak zwrotu. Niekiedy nie tylko o pamiątkę bądź jej brak chodzi, ale o ordynarne próby wyłudzenia, typu: „– Pan jedzie bez biletu! Będzie kara!”.

Bilet na autobus z Kazachstanu do Chin (c) 2b3.in
Bilet na autobus do Chin / Foto: archiwum prywatne

Autobus żyje. Miejsca leżące są leżącymi tylko z nazwy: wciąż ktoś się przemieszcza, siada, kuca na dywaniku. Tak, jest i takie udogodnienie: w autobusie nie można chodzić w butach, całość podłogi pokrywa gustowny dywan, a przed wejściem rozdawane są plastikowe reklamówki na obuwie. Jak u cioci na imieninach.

Tkają się sieci rozmów na szczeblu międzynarodowym: Ujgurzy uśmiechają się do mnie dość niepewnie, odwzajemniam te iskry kontaktu. Ich oczy błyszczą zmęczeniem i historią niełatwego życia w centrum Azji Środkowej. Kazaszki, o aparycji typowych „kobiet z Sojuza” częstują jedzeniem, między łóżkami krąży butelka czegoś mocno procentowego, panuje ogólna integracja.

Co dwie godziny nasz King Long staje, najczęściej na środku niczego. Następuje przerwa na toaletę, fajkę, rozprostowanie nóg, niekiedy na zatankowanie. To momenty, w których autobus błyskawicznie pustoszeje – każdy chce urozmaicić sobie podróż. Stoję zatem przed naszą maszyną, kaszlę i duszę się od zapachu śmierdzących papierosów, kopconych przez Chińczyków… gapiąc się jednocześnie na flagi, dumnie włożone za przednią szybę. Autobus międzynarodowy!

Autobus do Chin (c) 2b3.in
Na kołach do Chin… / Foto: archiwum prywatne

W STEPIE SZEROKIM…

Kazachski step. Bezmiar pustej przestrzeni. Żółto-buro, płasko, bez drzew. Jedziemy po asfalcie, w niektórych miejscach przechodzącym w szutrową drogę, na której autobus podskakuje niczym stara pralka na wysokich obrotach, wydając dziwne odgłosy. Gdzieniegdzie widać kępy traw, tu i ówdzie łachy piasku, niekiedy przebija się mała roślinność. Plus domy, rozsiane po stepie na wzór kręgli rozbitych podczas rozgrywki bowlingowej – bezładnie i bez planu.

Monotonia? Ależ skąd – wystarczy uważniej się przyglądać… a nagle półpustynia ożywa. Tu coś się rusza, tam coś błyszczy, kolory jednak nie są aż tak jednolite, jak się pierwotnie mogło wydawać. Mijany bieda-domek ma ogrodzone podwórko, po którym chodzą wychudzone zwierzaki.

Przestrzeń dookoła? Ogromna – ale gdy tylko widać zabudowania, zaczynają się słupki i ogrodzenia, oznajmiające wykorzystanie świętego prawa do swojego terenu. Step żyje.

Step w Kazachstanie (c) 2b3.in
Środek niczego / Foto: archiwum prywatne

FOLKLOR

Droga do granicy chińskiej nie jest jednorodna. To nie tylko step, który pokrywa sporą część tego ogromnego kraju, jakim jest Kazachstan. To także góry, groźnie szczerzące paszczę swoimi poszarpanymi graniami na horyzoncie… a niekiedy całkiem blisko nas.

I obowiązkowe, wspomniane już przystanki na toaletę – nawet, jeżeli tym WC jest budynek z pustaków. Do kompletu pasuje domek rodziny, która ten cud techniki i zdobycz cywilizacyjną sprząta. Całość z lekka deprymująca: totalne „nic” dookoła, a do najbliższego skupiska ludzkiego (czytaj: innych domów), jest kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów…

Mijane wioski wyglądają, jakby czas się tutaj zatrzymał. Niczym w afrykańskim kraju, gdzie mocy nabiera powiedzenie:

– Wy macie zegarki, my mamy czas.


Rozwalone chałupki, niektóre kryte zdradliwym eternitem, niektóre pobielone. Wątłe zwierzęta w obejściach domowych, wychudzone psy, wałęsające się po jedynej ulicy, wlepiające we mnie swój znużony wzrok. Jest dość depresyjnie, w myślach szukam tabliczki z napisem „Koniec Świata ← 10KM”. To przecież musi być gdzieś tutaj.

Stary samochód, zaparkowany przy ulicy, wygląda jak dekoracja a nie pojazd służący do przemieszczania się. Pokrzywione szyldy na froncie budynku, który należy do tych z kategorii premium: ma proste ściany. Ołowiane chmury zapowiadają, że za moment wszystko spłynie deszczem – może zmyje te pstrokate budki, z dachami wypłowiałymi od słońca. Atmosfera jak na Dzikim Zachodzie.

Jak już o Dzikim Zachodzie mowa, przypomina mi się amerykański billboard, który widziałem w Nevadzie. Także na ichnim końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc – przy drodze, którą suną dziesiątki trucków. Na billboardzie było zaprezentowane osiedle takich samych bezpłciowych i bezosobowych domków jednorodzinnych, do tego ogromna strzałka w prawo i slogan reklamowy: → „GDYBYŚ TU MIESZKAŁ, BYŁBYŚ JUŻ W DOMU”. A dookoła amerykańska pustynia, bez grama cienia. Jasne.

Brrr, wiać stąd, nie oglądać się za siebie. Nie ma za czym.


KARAWANSERAJ W CZASACH WSPÓŁCZESNYCH

Jestem na Jedwabnym Szlaku. A jak wiadomo, w Persji, Azji Środkowej i krajach arabskich, wzdłuż szlaków komunikacyjnych budowano domy zajezdne. Tradycja sięga czasów starożytnych. To karawanseraje, gdzie karawany mogły odpocząć po trudach podróży – zlokalizowane najczęściej w odległości jednego dnia drogi od siebie.

Głowę mam od dzieciństwa nabitą przygodami Hodży Nasreddina, opis karawanserajów znam na pamięć – ale czy w obecnych czasach mają jeszcze rację bytu?

Mają. Ale w nieco innej formie.


Powiedzmy, że jesteś głodny. Trudno, zawaliłeś, nie przygotowałeś sobie zapasów na całą podróż. W końcu to tylko 24 godziny podróży i nieco ponad 1000 km. Współtowarzysze szarpią za twój łokieć i wołają: „– Za godzinę będzie obiad”. Rozglądasz się po stepie przez okna swojego wielbłąda, wróć, autobusu – i myślisz: ale o co chodzi?! Gdzie?! Jak?!

Mija godzina, wtem na klasycznym środku-niczego, autobus zatrzymuje się przy budynku przypominającym stodołę. Inne ślady cywilizacji? Nie stwierdzono, dookoła dzicz i pustkowie. Za budynkiem stoją cztery inne autokary. Wchodzę do środka, słyszę brzęczenie jak w ulu – i… hmmm… czas przedstawić kolegę łodefaka. Geneza koleżki jest prosta („What the f**k?!”). Najczęściej wymieniam jego „miano”, gdy jestem mocno zdziwiony. Tutaj łodefak pojawił się po otworzeniu wewnętrznych drzwi.

Jeszcze raz: dookoła żywej duszy, najbliższa miejscowość w odległości circa 60 kilometrów… a sporych rozmiarów sala nabita jest ludźmi. Część z nich już posila się, przeżuwając beszbarmak – inni czekają na wydanie posiłku, a otrzymawszy go, startują do wolnych miejsc przy stolikach niczym Usain Bolt w biegu po rekord olimpijski na 100 metrów.

Wspomniane brzęczenie, to szum rozmów. Wybrzmiewają w moim uchu jak jakieś natrętne pszczoły. Całość działania tej zwykłej-niezwykłej jadłodajni jest ściśle skorelowana z przyjazdem kilku dalekobieżnych autobusów – miejsce wybudowano tylko po to, aby można było zrobić sobie przerwę w podróży, celem zjedzenia szybkiego obiadu. Całość oczywiście niewliczona w cenę biletu. Kierowcy jedzą za darmo.

Miejscowi? Nie ma tu miejscowych. Nikt tu nie mieszka na stałe. Po co?

Witaj we współczesnej wersji karawanseraju. XXI wiek. Mniej romantycznie niż w XI wieku, nieprawdaż?

Karawanseraj w Kazachstanie (c) 2b3.in
Karawanseraj / Foto: archiwum prywatne

UZBECKI HANDLARZ DYWANÓW I CHIŃSKI PILOT-PRZEMYTNIK

Mam dwóch nowych kumpli w podróży. Przemierzamy razem Jedwabny Szlak. Są jak yin i yang, jak Zenek Martyniuk i Riverside, jak Las Vegas i Las Kabacki. Postacie z zupełnie innej bajki, a jednocześnie uzupełniają się wręcz perfekcyjnie. Łączy ich to, że poznaliśmy się wszyscy tutaj, na pokładzie autobusu, naszego centrum mikrokosmosu, jadącego przez step do Chin. I to, że świetnie znają angielski, w odróżnieniu od pozostałych pasażerów – w niezbyt obszernym wnętrzu przeplatają się raczej słowa wypowiadane w innych językach: rosyjskim, mandaryńskim i ujgurskim.

Słów zatem kilka o Szarofie, czyli dżentelmenie z bicepsem większym od mojego uda, który zamiast szamponu mógłby używać Cifu, bo przecież tylko Cif nie rysuje powierzchni.

Szarof jest uzbeckim handlarzem dywanów. Krąży po Kazachstanie – Kirgistanie – Tadżykistanie – Chinach, zazwyczaj szuka „biznesów”, zazwyczaj znajduje tylko kłopoty, rozchodzi się i schodzi z kobietami, ostatni raz mięso jadł 25 lat temu. Nie dałbym za niego złamanego grosza. I źle bym trafił z oceną – w jego kieszeniach walają się zwitki chińskich juanów, na oko tak z 40-50 tys. PLN w naszej walucie. Cudne i krótkie dialogi:

– Chłopie, na ch*j mieć tyle kasy przy sobie w autobusie?!
– Durak, lubię mieć gotówkę przy sobie.
– A nie lepiej w banku?
– Durak, cholernie nie lubię banków.
– A jak zgubisz?
– A jak bank zbankrutuje? Tutaj mam je pod kontrolą. Chociaż czekaj, bladź, w sumie to żadna różnica.

I tak sobie dyskutujemy. Podobno będzie chciał przekupywać kogoś w Chorgas, aby mu transport dywanów rychle przepuścił przez przejście, dlatego sprawdza opcję autobusową a nie własnym samochodem. Zabawia chińskie dzieci w autobusie, grając z nimi w łapki – a ja oczami wyobraźni, patrząc na jego łapę-bochen, zastanawiam się, ile mikrosekund minęłoby od ściśnięcia jego ręki do tego przykrego momentu, w którym moje kości zostałyby pogruchotane.

Na sobie ma koszulkę w czerwono-podobnym kolorze, na każdej przerwie wychodzi z autobusu, głośno się śmieje, staje przy mnie – z reguły jest przy nas także Zhang, o którym za chwilę – i każe innym robić nam wspólne zdjęcia. Jest śmiesznie.

Znajomi z podróży do Chin (c) 2b3.in
Takich dwóch, jak nas trzech – ani jednego! / Foto: archiwum prywatne

SZAROF, WSPÓŁCZESNY ALADDYN

Nabija się ze mnie niemiłosiernie („– Wot maładiec, trza żon dużo mieć! Ja mam cztery i jest mi dobrze”), mówi, że zachód Chin to zadupie, i nie ma to jak Taszkent. Bo tam owoce, że hoho, dywany, że hoho, pieniądze, że hoho. Nieszkodliwy typ, taki brat-łata. Kręci się po autobusie, potem idzie spać, znowu się zrywa.

Zjadł owoce, popił kumysem, poszedł „w drzemkę”, a z kieszeni wypada mu jeden z tych zwitków z pieniędzmi. Widzę zrolowany wałek papierków z przewodniczącym Mao obok jego łóżka, na dywanie. Budzę więc typa, podaję mu pieniądze, ten śmieje się na cały autobus, chce mi odpalić część kasy z jednego rulonika – co skutkowałoby podreperowaniem mojego budżetu wyjazdowego o jakieś kilkadziesiąt procent, jak nie lepiej.

Zhang wyciąga samogon, Szarof na kartce skrobie namiary do siebie w Uzbekistanie, do szklanki-stakanki nalewają mi 150 ml, piję i czuję, że właśnie umarłem, a kula ognia przepala mi właśnie przełyk i żołądek. Zdecydowanie nie jestem Daenerys Targaryen – i nie posiadam odporności na płomienie. Ledwo widzę przez załzawione oczy, ktoś mi podaje „przepojkę”, którą są zwykłe cukierki miętowe, czuję, że mi wraca oddech. No, taka sytuacja.


ZHANG, AMERYKA I BROŃ

Zhang to jeszcze lepszy zawodnik. Spójrz w górę, na nasze wspólne zdjęcie w trójkę, z Szarofem. Zwróć uwagę na torebkę z dokumentami, którą Zhang nosi na szyi. Facet jest Chińczykiem. W sumie pół-Chińczykiem, matka pochodziła z Europy. Pracował dla Amerykanów w latach 80. jako pilot lotniczy.

I zajmował się… „pomocą w umacnianiu demokracji na świecie”, czytaj → na zlecenie rządu USA, nielegalnie dostarczał różne fanty do Nikaragui dla antyrządowej i antykomunistycznej partyzantki Contras (contrarevolucionario). Niezły numer: oficjalnie Kongres USA w 1985 zabronił administracji prezydenta Reagana ich wspierania. A nieoficjalnie? Strumyk broni, pieniędzy i „instruktorów”, za pośrednictwem transportów lotniczych, płynął sobie szeroką strugą.

Metodyczni Amerykanie założyli nawet obozy wojskowo-szkoleniowe dla rebeliantów w Hondurasie, gdzie przyjaciele z CIA służyli wsparciem i pomocą. No i mój nowy przyjaciel Zhang był jednym z trybików, które takową nieoficjalną maszynę napędzały. Brzmi jak tani film sensacyjny, więc podnoszę brwi w trakcie jego opowieści, chcę jakichkolwiek dowodów.

– OK, Zhang, pics or it didn’t happen.

…ale facet był „serio-serio”. Wyciąga swojego smartfona, łączy się z jakąś stroną, tam chińskie i arabskie krzaczki – język ujgurski jest bardzo podobny do arabskiego – widzę program do zmiany numeru IP, przechodzi gdzieś dalej, robi informatyczne kung-fu, wpisuje hasło, w końcu pokazuje mi zdjęcia.


O f*ck! To on, młodszy o ponad 30 lat. Na zdjęciu broń, uśmiechnięte chłopaki gdzieś w dżungli, anty-sandiniści przy drzewach. Ma tam też skany papierów, jakieś dokumenty z podziękowaniami od armii, we wspomnianej torebce – którą nosi na szyi – jest jego amerykańskie prawo jazdy i coś w rodzaju potwierdzenia, że do Libii też z czymś latał. Tyle zdołałem na szybko po angielsku odczytać.

Szczękę mam generalnie na ziemi. Mimowolnie oglądam się za siebie i pytam wprost: „– co tutaj w takim razie robisz, kolego?!”

Zhang szczerzy zęby. Mówi, że tamte życie to już przeszłość, a Amerykanie sami ujawnili wszystko, jak się im mleko rozlało – m.in. po aferze Iran-Contras. Potem próbował sobie układać przyszłość w Chinach, imał się różnych zajęć – a teraz zarabia na życie, organizując przejazdy do prowincji Sinciang (Xinjiang) dla Ujgurów, którzy mieszkają w Kazachstanie i chcieliby zobaczyć przed śmiercią swoje rodzinne strony.

Jest zapotrzebowanie? Jest! Bo wbrew pozorom, to nie takie proste i łatwe zadanie. Sporo Ujgurów żyje na wygnaniu, mogąc tylko pomarzyć o odwiedzeniu miejsc dla nich istotnych. Taki wyjazd jest wielkim świętem, do którego wszyscy się przygotowują: nie tylko mentalnie, czasowo ale również finansowo.

Wybiegając nieco w przyszłość: oto zdjęcie ujgurskiej rodziny, która przyjechała z Kazachstanu, aby zobaczyć Urumczi. Poprosiłem ich o możliwość wykonania fotografii, nie robili żadnych problemów.

Ujgurska rodzina w Chinach (c) 2b3.in
Ujgurzy w Urumczi / Foto: archiwum prywatne

TROCHĘ HISTORII, TROCHĘ DROGI, CZYLI MIEĆ PRZE****NE JAK UJGUR

Trudno w kilku zdaniach opisać całość problemu na linii Ujgurzy-Chińczycy. Na pozór sprawa jest prosta: Ujgurzy są prześladowani przez rodowitych Chińczyków – głównie Han – którzy teraz starają się dokonać swoistej kolonizacji, osiedlając się w całej prowincji. I mimo, że teoretycznie Ujgurzy mają autonomię – nawet prowincja nazywa się oficjalnie: „Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur” – stan faktyczny jest taki, że walczą ze sobą na śmierć i życie.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego – i powstaniu nowych, niezależnych państw – Ujgurzy również zaczęli domagać się oddzielenia Xinjiangu od Chin. Efekt? Cóż, jatka. Wraz z narastającymi ruchami separatystycznymi, narastały również działania terrorystyczne, wymierzone ze strony Ujgurów w ludność Han. Polała się krew, wybuchały bomby, argumenty zastąpił nóż.

Trwa to do teraz, separatystyczne zapędy połączyły się z radykalnym islamizmem, na czoło wybijają się terroryści z Islamskiego Ruchu Wschodniego Turkiestanu – „spokrewnieni” z takimi przyjemniaczkami jak Al-Kaida, talibowie i Islamski Ruch Uzbekistanu. Cała prowincja i pogranicze zmieniło się w dziwną krainę, w której – niczym na krwawej arenie – dochodzi do zamachów, skierowanych w stronę chińskich władz Xinjiangu… i uciążliwych reperkusji, które Ujgurów spotykają na co dzień.

Także tych, którzy miłują pokój – i nie mają nic wspólnego z terrorystami.


Czytałem przed wyjazdem sporo o tej części świata, znam kontekst historyczny. Ujgurzy są traktowani przez Chiny trochę jak podludzie, co smuci straszliwie – ale siedząc w autobusie na końcu świata, razem z wiecznie uśmiechniętym Zhangiem i jego grupką kilkunastu Ujgurów w swoich charakterystycznych czapeczkach, mimowolnie w głowie uruchamia się lawina skojarzeń i podejrzeń. Al-Kaida, talibowie, zamachy. Eeech.

Okazało się, że polityki i problemów z Ujgurami nie musiałem szukać. Same się znalazły.

↓ ciąg dalszy na kolejnej stronie ↓

1 2

Napisz komentarz